Paweł Kryst

moja strona nie całkiem prywatna

foteliki recaro - film -

Diabeł ubiera się u Prady

Filed under: Książki — pawel at 4:36 pm on poniedziałek, Listopad 27, 2006

Właśnie skończyłem czytać książkę Lauren Weisberger „Diabeł ubiera sięu Prady”

Bardzo ciekawa pozycja i moim zdaniem warta przeczytania.

Niezbyt ciężka ale i niezbyt lekka – taka troszkę relaksacyjna.

Dobry warsztat pisarski. Jedna z tych pozycji, które jak się zacznie czytać to nie chce się przerywać na pracę, a na ostatniej stronie żałuje się, że to już koniec. [a cegiełka jest!].

Żadnych niepotrzebnych wątków pobocznych, nieciągłości stylu, nierównej akcji.
Historia pokazuje kulisy świata elit wielkiej mody, bardzo odległe i trudne do zrozumienia dla nas maluczkich. Jednak mając świadomość o doświadczeniach autorki można założyć prawdziwość realiów książki.

Ciekawie pokazany proces uwikłania młodej, ambitnej dziewczyny o zdrowym „kręgosłupie moralnym” i ukształtowanym światopoglądzie w matnię świata całkowicie jej obcego. Jakże prosto i gładko można zamanipulować młodą osobą do tego stopnia, że zaprzedaje wszystkie swoje wartości dla ulotnej wizji kariery zawodowej i jest gotowa do największych poświęceń psychicznych i fizycznych, aby sprawdzić się w pierwszej pracy.

Szokujące. Ale jakże prawdziwe. Wielu młodych ludzi na etapie pierwszej pracy styka się ze światem „prawdziwej pracy” i bardzo często nasiąka zasadami, atmosferą, priorytetami, które nie zawsze są uniwersalnie właściwe tylko dlatego, że nie mając innych doświadczeń myślą iż widocznie tak to właśnie jest – właśnie takie jest życie. Nasiąkają i wsiąkają na zawsze.

Każdy kto przeżył swoje pięć minut w pracy podczas realizacji „misji niemożliwej” na podwyższonej adrenalince i żołądku ściśniętym ze stresu powinien się utożsamić z bohaterką.

Ale sama książka nie jest, aż tak przygnębiająca. Dość lekki styl rozwesela temat i sytuację.

Chociaż wydaje mi się, iż jest to książka bardziej kobieca i przez mężczyzn może być nie zrozumiała. Cała historia jest opowiedziana z bardzo kobiecego punktu widzenia. „Prawdziwi faceci” chyba nie zrozumieją tych wszystkich rozterek, dylematów i poświęceń. Przecież pewne sprawy można tak prosto rozwiązać…. ;-)

PS. To i film pewnie oglądnę. Ale do kina na to nie pójdę. Choć pewnie całe tabuny pięknych kobiet będą spacerowały po ekranie.

GREEN MONSTER

Filed under: Bez kategorii,Myśli moje — pawel at 8:24 am on piątek, Listopad 24, 2006

Dostałem mail z Irlandii:

Wyjaśnie ci moją zawiłą ścieżke kariery zawodowej. Najpierw awansowano mnie z pozycji „chińczyka” (osoba wykonująca proste czynności motoryczne wielokrotnie powtarzające się w krótkim odstępie czasu) na GO (skrót od GENERAL OPERATIVE + to taka ładna nazwa dla osoby która robi wszystko i nic) i to w ciągu pierwszego dnia!. Głównie liczyłem ręczniczki. Potem jak odkryto ze mowie po angielsku awansowano mnie na Asystenta Do Spraw Problemów Z Polakami. Jak któryś coś chciał od menedżera to prosił mnie żebym tłumaczył. W ten sposób zarząd dostrzegą we mnie potencjał i przydzielił mi bardziej ambitne i odpowiedzialne zadania.
Odbierałem dostawy (brudne ubrania itp) i sortowalem je, a potem przygotowywałem następne dostawy do przedsiębiorstw. Oprócz tego obsługiwałem przeróżne dziwaczne maszyny, jak na przykład Butterfly900 (maszyna składające ubrania w kosteczkę szybciej niz nasza mama). Nawet mi sie to podobało. W ten sposób dostrzeżono we mnie umiejętności manualne (sam nie wiem jak to możliwe).
Dlatego od poniedziałku moj szef poinformował mnie, ze zarząd chce mnie zatrudnić na stałe, a nie na kontrakcie, co wiąże sie z podwyżką, płatnymi urlopami, dodatkami i takie tam. Warunkiem jest żebym się w ciągu dwóch tygodni nauczył obsługi GREEN MONSTER (zielony potwór) – to największa pralka jaka w życiu widziałem (jedyne urządzenie jakiego nie potrafię jeszcze obsługiwać, za wyjątkiem mieszalnika do chemikaliów i faksu w biurze). Jest wielkości mojego pokoju, a do bębna zmieści sie spokojnie ze czterech dobrze odżywionych szwedow. To jedno z najciekawszych urządzeń jakie widziałem.
Wygląda jakby pamiętało czasy wiktoriańskie. Posiada trzy oddzielne panele. Każdy z nich pochodzi z innej epoki, został zamontowany przez innego technika, który miał własną wizję funkcjonalności urządzenia i najprawdopodobniej większość z nich już nie żyje.

Pierwszy służy do obsługi silnika i układów hydraulicznych. Ma mnóstwo przełączników i przywodzi na myśl filmy science fiction z lat 60-tych. Mniej więcej też tak datuję jego wiek.

Drugi panel sluży do programowania pracy wirnika i wygląda jakby był zbudowany ze starego aparatu telefonicznego podprowadzonego z budki telefonicznej na amerykańskich filmach. Ma przyciski i metalowa klawiaturę, oraz elektroniczny wyświetlacz. Datuję go gdzieś miedzy latami 80, a 90.

Ostatni panel to mała plastikowa skrzyneczka z nowoczesnym wyswietlaczem – raczej współczesna i służy do programowania mieszanki chemicznej. Jak to wszystko zobaczyłem zrobiło mi sie tak zimno że mi się włosy zjeżyły. Ale ku mojemu zdziwieniu ogarnąłem obsługę potwora po dwóch dniach.

Dziś już potrafiłem go obsłużyć całkowicie sam bez niczyjej pomocy. Niestety w drodze do domu zgubiłem notatki. Jutro będę musiał wyjaśnić mojemu szefowi żeby mi wytłumaczył to wszystko jeszcze raz od początku.

Ale myślę że mnie nie wywalą. Zauważyłem, że bardzo mili tu sa pracodawcy i dbają o pracowników.

Tak wiec u mnie wszystko super. Powoli, stopniowo, bez pośpiechu i nie bez potknięć, ale za to systematycznie pnę się po szczeblach kariery w kierunku sukcesu, a moja pozycja społeczna i socjalna wzrasta.”

AIDA

Filed under: Marketing — pawel at 3:25 pm on środa, Listopad 22, 2006

Zasada AIDA

  1. Attention – zwróć uwagę.
  2. Interest – zainteresuj odbiorcę. Przekaż mu tyle informacji, ile mógłby chcieć.
  3. Desire – wzbudź w nim pożądanie natychmiastowego skorzystania z oferty. Zwykle wiąże się to z oferowaniem jakiś dodatowych zachęt. Np. promocja ograniczona czasowo lub ilościowo.
  4. Action – poproś o akcję. Kluczowy a zarazem najczęściej omijany element zasady. Bezpośrednia prośba o akcję – zadzwoń, zamów, odwiedź stronę – jest tak ważna, jak cała reszta zasady.

Jak lamer

Filed under: Myśli moje — pawel at 9:41 am on środa, Listopad 22, 2006

No i stało się.

Zachowałem się jak totalny lamer.

Wszedłem na niewłaściwą stronę, ściągnąłem niewłaściwy plik i uruchomiłem go bez skanera.

I załapałem wirusa! win32.tenga. I do tego zorientowałem się dopiero po dwóch dniach!
Właściwie nie ma się czym chwalić. Wstyd i upokorzenie. Ale cóż – każdy popełnia błędy.

W każdym razie już po wszystkim. Parę godzin pracy i udało się doprowadzić system do używalności.
Swoją drogą muszę pozwolić sobie na refleksję:

Komputer Osobisty osiągnął współcześnie taki stopień skomplikowania systemu, że
posiadł umiejętność charakterystyczną dla zaawansowanych organizmów żywych: pomimo awarii poszczególnych elementów zachuje zdolność działania całego systemu.

Niegdyś awaria dowolnego podzespołu kończyła się dezaktywacją całości sprzętu.

Teraz ilość podzespołów sprzętowych, modułów oprogramowania i stopień ich autonomiczności jest tak duży, że brak kilkudziesięciu plików nie robi różnicy. Uszkodzenie niektórych podzespołów jest niezauważalne.

Pamiętam jak kiedyś straciłem jedną kość pamięci ram. Zorientowałem się dopiero kiedy testowałem jakiś nowy program do analizy systemu. Patrzałem w ekran i nie mogłem się nadziwić, że mam tylko 256MB ram. Nie wiem kiedy nastąpiła awaria! Post factum zdałem sobie sprawę, że faktycznie coś ostatnio wolno działał sprzęt, ale działał!

Do niedawna była to cecha wyłącznie organizmów żywych. Może nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale mniej więcej od 16-17 roku życia w naszych systemach bez przerwy nawalają podzespoły. Po 30-tce właściwie utrzymuje się stan permamentnej awarii ok 5-10% podsystemów. A to w stawach chrupi, a to głowa boli, a to oczy nie wytrzymują, a to palec się nadwyrężył od klikania myszki, a to w plecach chrupneło, a to nereczki przewiało itd. itp. Po każdym imprezowym autozatruciu alkoholem tracimy miliony szarych komórek.
A mimo to działamy! Pracujemy! Kochamy! Żyjemy!

W tym byliśmy lepsi od maszyn. Wystarczył brak smaru w łożysku i tylko kwestia czasu – awaria.
A teraz już nie mamy się czym chlubić. Cholery zaczynają być odporniejsze od nas. :-(

Internetowe refleksje

Filed under: Myśli moje — pawel at 11:32 am on wtorek, Listopad 21, 2006

Czym jest internet?

Inżynier odpowiedział by prosto:

„Internet to bardzo duża sieć komputerowa, czyli miliony komputerów połączonych ze sobą za pomocą przeróżnych urządzeń sieciowych.”

I już.

Definicja z wikipedii:

Internet (dosł. międzysieć; od ang. inter  między i ang. net  sieć) to sieć komputerowa o światowym zasięgu łącząca sieci lokalne, sieci rozległe i wszystkie komputery do nich podłączone.

Jednak Internet nie jest już dzisiaj tylko urządzeniem technicznym. To coś więcej. Internet jest jednym z symboli naszej epoki, zaraz obok telefonu.

Często mówimy:

- pogadamy przez neta

- ściągnij z netu

- poszukaj w internecie

Internet to także zawartość tych milionów komputerów, miliardów twardych dysków, to INFORMACJA.

Masz internet – masz dostęp do informacji i wiedzy. Na każdy temat, w przeróżnej formie.

Moja córka przyszła ostatnio ze szkoły i oświadczyła:

- pani kazała żebyś poszukał czegoś o biedronkach i muszę to przynieść na jutro do szkoły.

Ok. Żaden problem. W zasięgu 20-30-stu uderzeń w klawiaturę i 15-30 kliknięć myszką miałem wydrukowane kolorowe kompendium wiedzy na na temat biedronki. Rodzina, gatunki, rodzaje, zdjęcia, zwyczaje.

Po 15 minutach przyszła żona i z wyrzutem stwierdziła:

- no mógłbyś dziecku poszukać tych informacji

Spojrzałem na nią nieco zaskoczony i bez słowa wskazałem na wydruki leżące na biurku. Nawet nie zauważyła kiedy wykonałem pracę domową.

Pamiętam jak takie zadania wykonywałem 20-25 lat temu kiedy sam chodziłem do szkoły. Oooo to były wyzwania. Na szczęście miałem mądrą mamę, która doceniała potęgę wiedzy i w ciężkich komunistycznych czasach „załatwiła” w zamian za talony za makulaturę ENCYKLOPEDIĘ – świętą księgę wiedzy.

To było coś!!! Potrzebowałem znaleźć informację o biedronce siedmiokropce – jest : 5 linijek tekstu i czarno czerwony rysunek [bo to było wydanie KOLOROWE]. Ekstra. Usłyszałem tajemnicze słowo „penis” -> do biblioteczki -> encyklopedia -> jest. Chciałem sprawdzić gdzie leży Uganda -> encyklopedia -> jest.

A dziś: wchodzę w neta -> google -> i mam informację praktycznie o wszystkim. Od aktualnej ceny tony węgla w RPA poprzez informację o zastosowaniu tetracykliny po metodę produkcji domowego wina.

Wszystko w zasięgu paru kliknięć i 2-5 min.

Nawet nie zdajemy sobie sprawę jakim dopalaczem rozwoju naszej cywilizacji jest internet. O ileż łatwiej, szybciej można zdobyć wiedzę.

Kiedyś myślałem, że najważniejsze to nauczyć córkę czytania. To pozwoli jej dalej samodzielnie zdobywać wiedzę.

I chyba miałem rację, ale dziś wiem, że teraz muszę nauczyć ją obsługi google i metod wyszukiwania informacji.

Internet jest też zjawiskiem społecznym i kulturowym. To sposób na komunikację. I nie chodzi tylko o prostą wymianę myśli, ale nawiązywanie nowych kontaktów.

20 lat temu chłopak, który chciał poznać dziewczynę musiał zacząć obracać się w „towarzystwie”. Uczęszczać na prywatki, do klubów, kawiarni itp. Dziś wystarczy, że zasiądzie do kompa i podłączy się do internetu. Co ciekawsze – dla dziewczyn jest to doskonałe narzędzie pozwalające w dosyć bezproblemowy sposób przełamać kulturowe schematy w myśl których powinna czekać, aż mężczyzna się do niej odezwie.

Internet to źródło wszelakiej rozrywki. Mamy tu czego tylko dusza zapragnie. Od publikacji filozoficznych do najbardziej perwersyjnych filmów porno.

Internet to sposób na wyrażenie siebie. Wystarczy, że mam komputer, dostęp do netu i już mogę opublikować własną książkę, wiersze, muzykę, fotografię, obrazy, opowiedzieć o sobie, o swoich problemach. Anonimowo lub nie mogę powiedzieć całemu światu co myślę.

Wyobraźcie sobie co powiedziałby na to np. Słowacki, który całe życie borykał się z problemem wydania własnych dzieł?
Pomału, niezauważalnie internet wkrada się we wszystkie sfery naszego życia. Nawet nie zdajemy sobie sprawy jak jest wszechobecny, pomocny i niebezpieczny.

Kiedyś snuto katastroficzne wizje: co by było gdyby nagle wyłączono prąd?

Na małą skalę mieliśmy próbki takiej sytuacji ostatnio w Warszawie i parę lat temu w Stanach.

A co by się stało gdyby nagle jakiś super wirus zniszczył internet?

Czy wpłynęło by to na nasze życie?

Oj chyba tak.

Większość dużych firm opiera swoją wydają pracę o komunikację via net.

Prawdopodobnie ZUS pogrążyłby się w chaosie.

System bankowy miałby duże kłopoty.

Światowe giełdy przestały by działać.

Prasa, radio, telewizja zostały odcięte od źródeł informacji.

Ja nie mógłbym sprawdzić zamówień, zrobić przelewów, pogadać z bratem w Irlandii, sprawdzić pogody na jutro i aktualnych wiadomości. Koszmar!
A najgorsze jest to że moja córka, która jest aktualnie chora, nie dostała by maila z pracą domową!!!

Następna strona »