GREEN MONSTER
Dostałem mail z Irlandii:
„Wyjaśnie ci moją zawiłą ścieżke kariery zawodowej. Najpierw awansowano mnie z pozycji „chińczyka” (osoba wykonująca proste czynności motoryczne wielokrotnie powtarzające się w krótkim odstępie czasu) na GO (skrót od GENERAL OPERATIVE + to taka ładna nazwa dla osoby która robi wszystko i nic) i to w ciągu pierwszego dnia!. Głównie liczyłem ręczniczki. Potem jak odkryto ze mowie po angielsku awansowano mnie na Asystenta Do Spraw Problemów Z Polakami. Jak któryś coś chciał od menedżera to prosił mnie żebym tłumaczył. W ten sposób zarząd dostrzegą we mnie potencjał i przydzielił mi bardziej ambitne i odpowiedzialne zadania.
Odbierałem dostawy (brudne ubrania itp) i sortowalem je, a potem przygotowywałem następne dostawy do przedsiębiorstw. Oprócz tego obsługiwałem przeróżne dziwaczne maszyny, jak na przykład Butterfly900 (maszyna składające ubrania w kosteczkę szybciej niz nasza mama). Nawet mi sie to podobało. W ten sposób dostrzeżono we mnie umiejętności manualne (sam nie wiem jak to możliwe).
Dlatego od poniedziałku moj szef poinformował mnie, ze zarząd chce mnie zatrudnić na stałe, a nie na kontrakcie, co wiąże sie z podwyżką, płatnymi urlopami, dodatkami i takie tam. Warunkiem jest żebym się w ciągu dwóch tygodni nauczył obsługi GREEN MONSTER (zielony potwór) – to największa pralka jaka w życiu widziałem (jedyne urządzenie jakiego nie potrafię jeszcze obsługiwać, za wyjątkiem mieszalnika do chemikaliów i faksu w biurze). Jest wielkości mojego pokoju, a do bębna zmieści sie spokojnie ze czterech dobrze odżywionych szwedow. To jedno z najciekawszych urządzeń jakie widziałem.
Wygląda jakby pamiętało czasy wiktoriańskie. Posiada trzy oddzielne panele. Każdy z nich pochodzi z innej epoki, został zamontowany przez innego technika, który miał własną wizję funkcjonalności urządzenia i najprawdopodobniej większość z nich już nie żyje.
Pierwszy służy do obsługi silnika i układów hydraulicznych. Ma mnóstwo przełączników i przywodzi na myśl filmy science fiction z lat 60-tych. Mniej więcej też tak datuję jego wiek.
Drugi panel sluży do programowania pracy wirnika i wygląda jakby był zbudowany ze starego aparatu telefonicznego podprowadzonego z budki telefonicznej na amerykańskich filmach. Ma przyciski i metalowa klawiaturę, oraz elektroniczny wyświetlacz. Datuję go gdzieś miedzy latami 80, a 90.
Ostatni panel to mała plastikowa skrzyneczka z nowoczesnym wyswietlaczem – raczej współczesna i służy do programowania mieszanki chemicznej. Jak to wszystko zobaczyłem zrobiło mi sie tak zimno że mi się włosy zjeżyły. Ale ku mojemu zdziwieniu ogarnąłem obsługę potwora po dwóch dniach.
Dziś już potrafiłem go obsłużyć całkowicie sam bez niczyjej pomocy. Niestety w drodze do domu zgubiłem notatki. Jutro będę musiał wyjaśnić mojemu szefowi żeby mi wytłumaczył to wszystko jeszcze raz od początku.
Ale myślę że mnie nie wywalą. Zauważyłem, że bardzo mili tu sa pracodawcy i dbają o pracowników.
Tak wiec u mnie wszystko super. Powoli, stopniowo, bez pośpiechu i nie bez potknięć, ale za to systematycznie pnę się po szczeblach kariery w kierunku sukcesu, a moja pozycja społeczna i socjalna wzrasta.”